sobota, 26 września 2015

Niemiecka jesień, cz. IV

15.09.2015

Berlin, godzina 13:20

Przejechałem już przez robotnicze Siemensstadt - "kolorowe", biedne i ceglane. Z mojej prawej strony ciągle pojawiają się samoloty odlatujące z Tegla. Oczywiście nowe lotnisko na Schönefeld ciągle stoi puste - ta monumentalna inwestycja skończyła się monumentalną klapą z powodu klapy oddymiającej, której przebudowa jest ponad siły kogokolwiek w tym kraju. 

Wreszcie wjeżdżam do Spandau. Gdybym nie zerknął w prawo, minąłbym cytadelę zupełnie niezauważoną, schowana jest bowiem za szpalerem drzew. Jadąc przez tą dzielnicę, próbuję sobie wyobrazić dwadzieścia jeden lat, które Rudolf Hess spędził sam jako ostatni więzień w tutejszym zakładzie karnym. Myślę o jego dniu powszednim. Ponoć szczególnie lubił czytać Nietzschego i Schopenhauera. Co myślał tak naprawdę o swoim życiu? Przez całą jego połowę był pozbawiony wolności. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę zdarzyło się tego dnia, gdy dziewięćdziesięciotrzyletni nazista powiesił się w więziennym ogródku na przedłużaczu elektrycznym. Oczywiście podejrzenie łatwo może paść na Brytyjczyków, którzy akurat w tym czasie mieli swoją zmianę na straży. Co tak naprawdę kryje się za tajemniczym lotem do Szkocji? Być może dowiemy się tego w przyszłym roku, kiedy odtajnione mają być brytyjskie dokumenty dotyczące tej sprawy.

Brandenburgia, godzina 17:50

Skala gładkości asfaltu może i nie zaczyna się w Polsce, ale na pewno kończy się w Niemczech. Wschodnich. Pieniądze przysłane z zachodu po zjednoczeniu sprawiły, że te leśne rubieże Imperium stały się rajem dla podróżnych. Tym bardziej dziwi kompletny brak samochodów. Na drodze jestem zupełnie sam. Miejscowości mają tu dziwne nazwy: Warsow, Rhinow, Brädnikow. Myślę o przeszłości tej krainy. Havelland był zamieszkany przez Słowian, jak cała Brandenburgia. Nazwy miast są tego żywym dowodem. Być może we wsi „Bredników" czuli byśmy się całkiem swojsko. Plemię Hawelan zostało jednak zgermanizowane. Mimo to zachowali resztki tożsamości aż do dziewiętnastego wieku, kiedy to w jednym ze zborów odbyła się ostatnia msza w języku dolno-łużyckim. Próbuję sobie ją wyobrazić. Przypominam sobie mszę odprawianą po polsku w łotewskim Przydrujsku, której przyglądałem się podczas inwentaryzacji tamtejszego barokowego kościoła. Na mszy były prawie wyłącznie starsze Panie. Polskie psalmy słyszane tak daleko od granicy naszego kraju naprawdę chwytały za serce. Czy tamta gałąź naszej kultury też skazana jest na wymarcie?

Deszcz pada, ale nie wiadomo skąd. Niebo czyste. Jadę w stronę zachodzącego powoli słońca, którego światło odbija się od wilgotnej powierzchni jezdni. Raj.

Na horyzoncie las wiatraków. Wyglądają monumentalnie i humanitarnie zarazem. Potężne, białe, smukłe górują nad brandenburskimi lasami.

Równo, równiej, najrówniej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz